Dobre, bo lokalne – dieta wysokowibracyjna

Osoby zainteresowane rozwojem duchowym na pewno nie raz zetknęły się ze zdaniem „wszystko
jest wibracją”. Wiedzą na przykład, że emocje czy myśli niosą ze sobą różne częstotliwości – niskie
(niekorzystne, negatywne) i wysokie (korzystne, pozytywne) – a celem każdego człowieka jest stałe
podnoszenie swoich wibracji. Można to robić poprzez medytowanie, pomaganie innym, pracę nad
sobą, ale też i poprzez odpowiednią dietę.

Wysokowibracyjna dieta to taka, która nierozerwalnie wiąże się ze świadomym, uważnym życiem. Ci,
którzy się na nią decydują, dbają o to, by produkty na ich talerzach nie przyczyniały się do degradacji
środowiska naturalnego (czyli np. nie wymagały długiego, obfitego w ślad węglowy transportu), a ich
produkcja nie wiązała się z niczyją krzywdą (nie pozyskiwano ich np. w skandalicznych warunkach, w
wyniku których ucierpieli ludzie czy zwierzęta). Na danie o wysokich wibracjach składają się też m.in.
składniki jak najbardziej świeże, sezonowe, bogate w mikroelementy i dostępne w promieniu 300 km
od naszego miejsca zamieszkania. Dokładniej opisywałyśmy wszystkie te aspekty w naszym tekście
dla Mojej Harmonii Życia. Dziś chciałybyśmy się jednak skupimy na lokalności.
To, gdzie żyjemy, ma na nas ogromny wpływ – zwłaszcza, jeśli w tym samym miejscu przez
dziesięciolecia czy nawet stulecia żyli nasi przodkowie. Ród mieszkający na danym terenie wiąże się z
nim energetycznie i genetycznie. Oznacza to, że jesteśmy „przyzwyczajeni” do występującego na
rodzimym obszarze pożywienia, bo jest ono niezbędne do funkcjonowania w tym zakątku świata.
Nasze organizmy potrzebują go, by dobrze działać. Potrzebują mikroelementów zawartych w
lokalnych warzywach, owocach czy ziołach.
Stąd też, przy komponowaniu własnej diety wysokowibracyjnej, warto byśmy inspirowali się
Słowianami. Jako ich potomkowie bardziej skorzystamy z – nazwijmy to roboczo – kuchni
słowiańskiej, niż z jadłospisu pożyczonego np. od mieszkańców Azji czy nawet Grecji.
Oczywiście o daniach, jakimi zajadali się nasi dalecy przodkowie, wiemy stosunkowo niewiele. Na
podstawie przeprowadzonych badań można wnioskować, że w menu przeciętnego Słowianina
królowały podpłomyki i gotowane nad ogniem kasze, obficie polewane sosem z lnu czy konopi.
Wśród zieleniny, jaka trafiała do słowiańskich misek, przeważały dziś już nieco zapomniane liście
barszczu (na przykład w postaci kiszonki), ale też pokrzywa, rdest, komosa biała czy szczaw. Z roślin
tych powstawała zielona, odżywcza zupa. Potrawy przyprawiano dzikim czosnkiem, macierzanką albo
jagodami jałowca.
Nasi przodkowie lubowali się też w leśnych darach. Przygotowywali potrawy z dodatkiem grzybów,
wykorzystywali owoce i wszystkie inne jadalne składniki, które udało im się znaleźć – w końcu przez
wieki trudnili się zbieractwem. Co ciekawe, jednocześnie uprawiali też ogródki, w których np. sadzili
rośliny strączkowe. Potrafili również przyrządzić twaróg.
W słowiańskim menu figurowały też zdrowe napoje, takie jak oskoła, czyli dobrze wszystkim znany
sok z brzozy. Popijano też sfermentowany sok z jagód i mleko.
To oczywiście zaledwie ułamek tego, czym odżywiali się nasi przodkowie – ze względu nie brak
źródeł, tajniki kuchni słowiańskiej w większości pozostają dla nas tajemnicą. Można jednak
przypuszczać, że nasi obrotni praojcowie, wykorzystywali wszystko, co rosło w ich okolicy i co nie
przyprawiało o rozstrój żołądka. Jadali zaskakująco lekko, a ich dietę można określić jako roślinną (bo
mięso należało upolować lub wyhodować – potrawy tego typu spożywali więc od święta).

W dzisiejszych czasach trudno byłoby stosować się do słowiańskich, kulinarnych inspiracji jeden do
jednego. Tym bardziej, że na naszych terenach, od kilkuset lat z powodzeniem rośnie zdecydowanie
więcej jadalnych gatunków warzyw i owoców, z których aż żal byłoby nie korzystać, skoro robili to
nasi bliżsi przodkowie. Jednak myśląc o swojej diecie wysokowibracyjnej warto wzbogacić ją o rośliny,
zioła i przyprawy, które z jakiegoś powodu wypadły nieco z łask wyparte przez importowane,
„ekologiczne” nowości.

Tak więc zamiast sięgać po zamorskie awokado może warto byłoby częściej wrzucać do koszyka z
zakupami szczaw? Wibracje jedzonka przygotowanego na bazie tego składnika na pewno
zadowoliłyby niejednego łakomczucha!

Bibliografia & do poczytania w temacie:

Facebook Comments

Spoko Czarodziejki - Donia, Jaga i Sasanka - to trzy przyjaciółki, które wierzą w magię, kochają naturę, craftują, kierują się sercem i radują ile wlezie. Każda jest inna, każda podąża własną ścieżką, ale tak się składa, że ich drogi znajdują się tak blisko siebie, że kroczą nimi, trzymając się za ręce. Wyznają siostrzaną miłość, kochają autentyczność, chcą dzielić się z innymi swoimi doświadczeniami i wysyłać w świat pozytywne fluidy. Tworzą kanał na YT i prowadzą sklepik z magicznym rękodziełem -Miejsce Mocy