Grzyby w wierzeniach ludowych – opowiada Shah Pogańska

Chodzi wrzesień po rosie, zbiera grzyby we wrzosie, czyli o grzybach w kulturze ludowej słów kilka. Wpis gościnny autorstwa Natalii Piłat aka Shah Pogańska.


Wiecie, zawsze byłam przekonana o tym, że każdy zna się na grzybach, wszyscy je zbierają, rozróżniają i jedzą. Tata wszakże zabierał mnie na grzyby odkąd nauczyłam się chodzić na tyle, by swobodnie i w miarę bezpiecznie poruszać się po lesie, więc, nawet jakbym bardzo nie chciała, przyswajałam wiedzę i uczyłam się w praktyce. Nie mieliśmy daleko do lasu, wychowałam się i dorastałam na wsi. Dopiero kiedy zaczęłam dorosłe życie przeprowadziłam się do miasta i w pracy, jak to w obsłudze klienta bywa, zaczęłam rozmawiać z różnymi ludźmi, w różnym wieku, o różnym wykształceniu czy zainteresowaniach. Kiedy tylko usłyszałam, że w okolicznych lasach pojawiły się grzyby i myślami już biegłam z koszem do lasu, był to jeden z głównych tematów, o które zaczepiałam klientów do pogawędki. „Ja to się nie znam na grzybach”. „Jak po lesie chodzę, to tylko po ścieżkach, bo się boję”. „Pani taka młoda a grzyby zbiera?”.

Niemożliwe. Tyle się mówi o tym, że grzybobranie to nasza pasja narodowa, nasz ulubiony sport. A jednak. Coraz mniej osób zna chociażby podstawowe jadalne grzyby, coraz mniej osób swobodnie czuje się w lesie. A przecież las to od wieków nasz sprzymierzeniec. Dawał nam schronienie, materiał do budowy domów, żywił nas i słuchał modlitw. I chociaż owiany był tajemniczą aurą, miał w sobie magiczną moc, to szanując jego zasady, można było czerpać z jego dobroci. Przez wieki ludzie uczyli się, co można zjeść, co uleczy, a co otruje. Rozwiązywali tę zagadkę, którą natura zaklęła w roślinach i grzybach. Wiedza zdobywana powoli, przekazywana z pokolenia na pokolenie. I nie tylko co zbierać, ale i kiedy zbierać, jak zbierać. I jak nazbierać.


Grzyby wychodzą  z ziemi, więc to oczywiste, że muszą mieć związek z podziemnym światem. Dodatkowo wyrastają w nocy, kiedy budzą się wszelkie demony. Nic więc dziwnego, że grzyby były traktowane bardzo osobowo, niemalże jako osobne byty, a grzybobranie wymagało odpowiedniego przygotowania. Do tej pory w niektórych miejscach w Polsce mówi się, że przed grzybobraniem należy się umyć, żeby grzyba ludzkim zapachem nie wystraszyć, a zbierać je należy samemu, bo towarzysz podczas grzybobrania może kusić do rozmów, przez co grzyby uciekną i się schowają. Nóż trzeba było trzymać w ukryciu, a osobników trujących pod żadnym pozorem nie kopać i nie niszczyć, gdyż z zemsty mogły wlać jad do innych, jadalnych i znanych grzybów. Kobiety w ciąży miały bezwzględny zakaz ich zbierania, gdyż złe moce mogły przeniknąć do płodu. O związku grzybów z siłami nadprzyrodzonymi świadczy także stare ludowe, wymierające już, jednak gdzieniegdzie jeszcze spotykane przekonanie o tym, że przed grzybobraniem nie można się modlić, a ujrzenie księdza czy zakonnicy w dzień grzybobrania zwiastuje marny i nieudany zbiór. Czerwone suszące się na słońcu kapelusze były nieodłączną dekoracją chatki Baby Jagi, niektóre zaś do dzisiaj noszą czorcie nazwy. Istnieją jeszcze mądrości ludowe łączące wzrost grzybów z fazami księżyca, lecz są one sprzeczne. W jednym miejscu mówi się, że grzybów najwięcej, kiedy miesiąca przybywa, a w drugim miejscu radzi się iść na zbiory po pełni.

Jednak nic nie jest czarno – białe. Grzyby były gośćmi z zaświatów, mogły być zarówno złe, jak i dobre, jednak wykorzystywano je wszystkie. We współczesnym świecie zapomniana została tajemna wiedza, która muchomorem pozwalała leczyć, a czernidłakiem męża z pokusy do alkoholu wyciągnąć. Dzisiaj grzyby są spisane, katalogowane. To jedz, tego nie rusz, z tego wyciągnij to i to i zrób z tego lek. Po grzyby coraz częściej zamiast do lasu chodzi się do marketu. Suszone grzybki w opakowaniach z etykietami dokładnie opisującymi gatunek, nie masz jak się pomylić. Kiedyś taka pomyłka mogła kosztować życie, jednak głód zmuszał biedniejszych do zbierania grzybów, las ratował ich przed śmiercią głodową. Grzyby zwane były „leśnym mięsem”, suszono je, kiszono, marynowano. Ale służyły nie tylko do wypełnienia żołądka. Hubą rozpalano ogień i hamowano krwotoki, purchawka zastępowała opatrunek, piestrzenica chroniła od uroków a muchomor odstraszał owady, niektórymi grzybami można było nasmarować oś koła

Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego zimowy świąteczny stół obfituje w dania z grzybami w roli głównej? Krokiety, pierogi, zasmażana kapustka z borowikami. Dawniej święto zimowego przesilenia połączone było silnie z goszczeniem zmarłych przybyłych na biesiadę z zaświatów. Dodatkowy talerz i pusty stół do dziś stanowią stały element wigilijnej wieczerzy. Jedzono wtedy grzyby napełnione mocą z zaświatów, by symbolicznie połączyć się z Dziadami, zaprosić ich do rodzinnego świętowania i wspólnie radować się z odrodzenia słońca.

A jak już przy symbolicznym połączeniu się z Dziadami jesteśmy, możemy zgrabnie przejść do najciekawszego chyba aspektu dotyczącego grzybów. Jak w większości przypadków, nie dysponujemy źródłami oświetlającymi mroki wiedzy dotyczącej powiązania Słowian z halucynogennymi właściwościami grzybów, ale, nie oszukujmy się, wiemy jaka jest ludzka natura. Pozwólcie zatem, że poopowiadam teraz nieco o innych kulturach, bliskim dawnym Słowianom. Większość ludzi wie, że w  nordyckich berserkach płynęła nie tylko żądna mordu i nieustraszona krew, ale i jakieś tajemnicze grzybki, ale o syberyjskim kulcie muchomora mogliście nie słyszeć. I to nie mówimy o kulcie na poziomie łączącym polskiego grzybiarza z borowikiem szlachetnym, o nie nie. W tym halucynogennym romansie jest o wiele więcej pasji i uczuciowych zawirowań niż w brazylijskich tasiemcach.

Amanita Muscaria. Brzmi jak imię pięknej, delikatnej księżniczki, która zaraz po przypieczętowanym nocą poślubną małżeństwie znajdzie sobie stu innych kochanków. I to nie tylko wśród szlachty, ale i służbę, chłopów oraz żebraków zaprosi do swojego królewskiego łoża i przyciśnie do delikatnej, białej piersi. Uh, polski „muchomor czerwony” nie daje takiego pola do popisu w poetyckich opisach. A to właśnie o nim mowa.

Rysunek autorstwa Shah Pogańskiej muchomor czerwony amanita

Rysunek autorstwa Shah Pogańskiej

Początki wykorzystywania Amanity Muscarii  do celów rytualnych datuje się nawet na osiem tysiącleci wstecz. Prawdopodobnie dawne ludy syberyjskie nie znały żadnych innych używek aż do XVI w., kiedy napływający na ziemię starych plemion Rosjanie przedstawili im wódkę. Czy muchomorożercy porzucili  czerwoną panienkę i oddali się ostremu w smaku alkoholowi? Wręcz przeciwnie, przecież po alkoholu boli głowa i brakuje sił, a po Amanicie człowiek zaśnie, wyśpi się, a potem wstanie do kolejnego codziennego plemiennego dnia. Dodatkowo sam muchomor pokazywał im, że wódka jest zła – podczas wizji przychodzących pod wpływem grzyba alkohol był złym demonem o nieprzyjemnej aurze. Spożywanie muchomora miało charakter głównie ceremonialny. Syberyjscy szamani udawali się przy ich pomocy w podróż do zaświatów, gdzie zadawali pytania napotkanym istotom, które w odpowiedzi zsyłały na nich wizje, w niektórych plemionach ludzie wypijali mocz szamana znajdującego się w objęciach Amanity, co także stało się swoistym religijnym obrządkiem, o którym można napisać zupełnie osobny artykuł, a nawet kilka. Kapeluszami muchomora zajadali się nie tylko ważniejsi członkowie plemion, ale i ci najbiedniejsi, chociaż Ci częściej podkładali drewniane misy pod strumień moczu osoby znajdującej się pod wpływem Amanity i korzystali z halucynogennych substancji Skupmy się jednak na muchomorowych panienkach.

W wizjach po zażyciu Amanity często pojawiały się humanoidalne grzyby. Były one traktowane jako osobne plemię, niezwyciężone, potężne, groźne, ale prowadzące człowieka po zaświatach i wyjaśniające mu wszelkie tajemnice życia. I chociaż muchomor, tak dobrze znany tym dawnym plemionom, dawał im poczucie łączności z siłami nadprzyrodzonymi, wprawiał w dobry, wesoły nastrój, to jednak nadużywanie go mogło nieść za sobą poważne konsekwencje, o czym doskonale sobie zdawano sprawę. W starej baśni rosyjskiej, kiedy to pewien mężczyzna opuszcza dom, żonę i syna by oddać się w objęcia muchomorowych panienek, zapomina o swoich obowiązkach gospodarza i męża. Syn, kilkukrotnie wysyłany przez matkę by sprowadzić ojca do domu, zostaje wyśmiany, zwyzywany, a nawet pobity przez własnego ojca. Kiedy jednak grzybowym pannom odechciało się zabaw z mężczyzną, ten poczuł chłód nadchodzącej zimy i ból pustego żołądka, postanowił wrócić do żony. Tej jednak w domu nie zastał, przeniosła ona cały dobytek na szczyt kamienistej góry. Mąż ze skruchotą przeprosił żonę i poprosił o ponowne przyjęcie do domu, jednak ta nie pozwoliła mu wejść na górę. Z jej wierzchołka wylała wodę, która na mrozie zamarzła tworząc niemożliwą do przebycia śliską ścieżkę po zboczu góry. W łagodniejszej, przeznaczonej zapewne dla dzieci wersji, kobieta po kilku bolesnych próbach wdrapania się na szczyt wpuszcza zmarzniętego i wychudzonego męża do domu, który przeklina muchomorowe panienki. W bardziej życiowej wersji żona jest nieczuła na przeprosiny męża, ten zaś umiera z wycieńczenia.

Grzybowe plemiona były także u nas. Pod grzybami mieszkają przecież krasnoludki, które potem przybrały niebieską barwę skóry i walczyły ze złym Gargamelem. W Estońskich baśniach grzyby miały nawet swojego króla. Dzieci do dziś w przedszkolach śpiewają wesołe piosenki o gadających grzybkach i recytują wiersze o muchomorku. Ba, całkiem spora liczba przedszkoli w Polsce nosi nazwę „Pod Grzybkiem”. Z książek z baśniami uśmiechają się do nas borowiki i kozaki, a leśna ścieżka niemalże zawsze usłana jest czerwonymi kapeluszami.

Osoby, które lubują się w wierzeniach i religijności słowiańskiej przywiązują ogromną uwagę drzewom, piorunom i słońcu. I słusznie, to nieodłączne elementy naszej kultury. Ale to są elementy pewnej całości i żeby spróbować zrozumieć bardziej, zrozumieć mocniej, trzeba się przyjrzeć dokładnie wszystkiemu, co towarzyszy ludziom od zarania dziejów. Las to nie tylko drzewa. To także pożywne i trujące jagody, to leczące i śmiertelnie niebezpieczne zioła, to majestatyczne zwierzęta, to także grzyby. Wszystko to jest jedną spójną całością, nie tylko biologicznie, ale i mistycznie. Tylko ktoś nam dawno temu robił tę delikatną szklaną kulę. Staram się to wszystko skleić chociaż wiem, że sporej ilości kawałków będzie mi brakować, a na gładkiej powierzchni będą ślady klejenia. Zwłaszcza, że grzyby to nasza rodzima domena. Słowianie są bardzo grzybolubni, w odróżnieniu od chociażby naszych północnych sąsiadów, u których lasy aż pękają od grzybów, a nikt nawet nie raczy na nie spojrzeć.

Jest wrzesień, pora największej różnorodności grzybowej w lesie. Jeśli tylko znajdziecie czas, idźcie do lasu i przypatrzcie się dokładniej, żeby się tym zachwycić, to czasami trzeba, jak ja to mówię, „glebnąć”.Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba po przeczytaniu tego może nieco inaczej spojrzy na grzyby, może przystanie nie tylko nad prawdziwkiem, ale i nad maleńką kruchaweczką. A ja tymczasem dopijam kawę i zwijam się do lasu. Miło mi było do Was pisać.

Facebook Comments

Z pasji włóczykij, namiętny leśny włóczęga, kolekcjonerka atlasów przyrodniczych. Od małego wykazywała skłonności do samotności. Jako kilkulatka chodziła na grzyby z tatą ucząc się, co można jeść, a co lepiej nie, a gdy już podrosła, zaczęła sama całe dnie spędzać w lesie. I tak zaczęła się fascynacja poszczególnymi jego elementami - ziołami, grzybami, drzewami. Początkowa obawa przed majestatem i ogromem lasu przerodziła się w dającą siłę miłość i zachwyt nad nawet najmniejszym robaczkiem.