Moje życie w Serbii, czyli słowiański szok kulturowy





Po 3 latach mieszkania w Maroko, myślałam, że szok kulturowy już mnie nie dotyczy, i w sumie co takiego może mnie zaskoczyć w Serbii, naszej południowej, egzotycznej kuzynce? Europa, kraj słowiański, bracia od przykuca, pędzenia wysokoprocentowych trunków i robienia zimowych zapasów kiszonek.

Wystarczyły tylko 2 tygodnie w ojczyźnie mojego ukochanego, aby się przekonać jak bardzo się myliłam… Nie zrozumcie mnie źle – Serbia jest cudowna – uwielbiam ten kraj, szybko się zaklimatyzowałam, nauczyłam języka, poczułam się swojsko.

„A shot a day keeps doctor away”

W Anglii powiedzą „an apple a day keeps doctor away„, ale jeśli zamiast „apple” użyjemy „shot„, to myśl ta świetnie odda tok myślenia pokolenia naszych rodziców w Serbii.

Po świecie krążą mity o Polakach lubujących się w napojach dostarczających promili do krwi. Znane są legendy o śmiałkach wypijających baniaczki wódki tudzież bimbru. Po roku w Serbii mogę śmiało stwierdzić, że te historie to tylko mity, a prawdziwi bohaterowie zamieszkują Bałkany…

I, żeby nie było, to nie tak, że piją i się odbijają od krawężników. Ich wątroby są tak przystosowane, a żołądki tak skonstruowane, że nawet najmocniejsza rakija wchodzi jak nóż w masełko.

Aha, skoro już jesteśmy przy mocy rakiji. Nie ma czegoś takiego jak za mocna rakija. To tylko wyobraźnia naszych rodaków, więc jeśli usłyszycie bajki o mocnej rakiji, nie wierzcie w nie!

Moja teściowa poranną kawę lubi sobie zaprawić kielonkiem domowej rakiji. Obowiązkowo przed jedzeniem! Według niej ten poranny rytuał to taka swojska profilaktyka antybakteryjna.

Jak to moja przyjaciółka rzekła: „że też u nas na to nie wpadli, świętujemy zakrapiane urodziny, imieniny, wesela i takie tam, no ale ile takich okazji nazbierasz w roku?! No a tu o zdrowie przecież trzeba obowiązkowo dbać codziennie!”

szoty rakiji na ulicy w Belgradzie rakia shots vodka homemade serbian serb belgrade skaradlija
szoty rakiji na ulicy w Belgradzie

Gość w dom, Bóg w dom





W Serbii, jak i w Maroko (i pewnie w wielu innych krajach), sąsiedzi wpadają z wizytą w biegu. To znaczy, nie do końca w biegu, bo jak już wpadną niezapowiedzianie, to czasem posiedzą dwie, trzy godziny.

W wielu miejscach w Serbii, pewnie poza wielkimi miastami, nie musisz dzwonić żeby zapowiedzieć się z odwiedzinami. Otwarta brama u sąsiada wygląda bardzo zapraszająco!

Jak już gość wejdzie, to obowiązkowo musi się napić:

a) kawy,

b) rakiji,

c) piwa,

d) domowego wina.

A teraz tak pomyśl: ilu sąsiadów dasz radę odwiedzić w ciągu dnia?

Mnie to zgubiło…

Mój luby wyciągnął mnie do sąsiada, który robi domowe, swojskie wino. Ta wizyta była dla mnie bardzo zgubna, ale to tylko dlatego, że te jego winogrona w płynie były nadzwyczaj smaczne. Nieprzyzwoicie smaczne. Wino samo mi się wlewało do szklanki (nie, nie kieliszka, w Serbii się nie rozdrabnia) i samo się wypijało.

A tak w tajemnicy Wam powiem, że mi do tego zwyczaju wpadania do sąsiadów ciężko przywyknąć.

Lubię jak sąsiedzi wpadaja. Szczególnie w lato, jak owoce dojrzewają :D
Lubię jak sąsiedzi wpadają. Szczególnie w lato, jak owoce w ich ogródkach dojrzewają :D

Kraj rakiją i kiszonką płynący

Kiszonki i inne przetwory można kupić i są dostępne w każdym sklepie w Serbii, ale po co kupować, jeśli można kupić 150 kilo śliwek, 140 kilo papryki, 100 głów kapusty i zrobić swoje własne słoiki?

Domowe jest najlepsze i serbskie domaćice (czyli po naszemu „gospodynie”) doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego pod koniec lata jadą na targ i kupują całe skrzynki warzyw i owoców na przetwory.

Serbię kocham między innymi za to, że dobre jedzenie jest na wyciągnięcie ręki. Serbowie bardzo dbają o swoją kuchnię i, tak jak u nas na każdym rogu są kebaby i chińczyki, tak w Serbii ćevapi (czyli tradycyjne mięsne paluszki) i pljeskavice (czyli wielkie mielone kotlety).

Rodzina, gdzie zaczyna się życie.

Są rzeczy ważne i ważniejsze, ale rodzina w Serbii jest niezaprzeczalnie poza kategorią.

Tam życie rodzinne jest tak naturalne i niewymuszone, że aż ciepło się na sercu robi. Siostry, choćby miały po 60 lat i się nie lubiły, znajdą chwilę na plotki telefoniczne. Spotkania i częste wspólne obiady to u wielu rodzin bardzo normalna rzecz.

Życie towarzyskie, jak rodzinę, trzeba pielęgnować

Jeśli pojedziesz do Belgradu, na pewno zauważysz kafany na rogu każdej ulicy. Każde, nawet najmniejsze, szanujące się miasto powinno szczycić się kafaną!

Kafana to taki kawiarnio-pub, gdzie serwuje się napoje i drobne przekąski. Pisząc „napoje” mam na myśli oczywiście te procentowe, ale jakaś kawa i napoje gazowane też się znajdą.

Kafana to nieodłączny element kultury serbskiej, albo ogólnie bałkańskiej, i niezależnie od wieku, Serbowie wychodzą tam wieczorami i popołudniami, aby spotkać się ze znajomymi i nadgonić najpikantniejsze szczegóły najświeższych ploteczek.

Te bałkańskie kawiarnio-puby mają bardzo przytulny, domowy wystrój, a te nowocześniejsze są na ogół zaprojektowane wedle najnowszych krzyków mody. Są kafany, gdzie dostaniesz kawę za 80 dinarów, czyli mniej niż 3 złote, ale są też takie, gdzie zapłacisz nawet 400 dinarów, czyli około 15 zł.

Ja lubię swojskie miejsca, gdzie mogę pójść bez malowania się i strojenia, dlatego przyświeca mi zasada: im tańsza kafana, tym chętniej do niej idę.

Powiecie mi, że w Polsce ludzie też wychodzą do kawiarni i pubów. Owszem, ale w Serbii jest to znaczący aspekt kulturowy, ludzie wychodzą codziennie, a nie co sobotę.

Zdjęcie z Czarnogóry, ale jak najbardziej aktualne i w Serbii! Dobre towarzystwo ponad wszystko cetinje sah klub szachy kafana
Zdjęcie z Czarnogóry, ale jak najbardziej aktualne i w Serbii! Dobre towarzystwo ponad wszystko

Byliście na Bałkanach? Jak wrażenia? Czy Wasze obserwacje pokrywają się z moimi, a może są zupełnie inne?

Facebook Comments